Nie
rozmyślając nad tym długo, stwierdziłem, iż idealnym rozpoczęciem niniejszego
bloga, będzie coś, co wpasowuje się jak ulał w aktualną, niezbyt dobrze
nastrajającą porę roku, a więc zmierzch lata. Pierwsza myśl, w tym wypadku
okazała się najlepszą, wybór ten jawił się jako oczywisty – "A Bitter
Harvest", czyli gorzkie żniwa śmiertelnego duetu country, tworzonego przez
Lonesome Wyatta, człowieka o jakże żałobnej prezencji, oraz przez uroczą na
letalny sposób Rachel Brooke; poza niniejszym wydawnictwem znanych z osobnych
projektów.
Przechodząc
do meritum – nie łudźcie się, drodzy czytelnicy, że będzie to country do
jakiego przywykliście. To nie duet w stylu państwa Johnny'ego i June Carter
Cashów (nie ujmując dokonaniom tej legendarnej parki), zarówno w warstwie
lirycznej, jak i muzycznej. Wszystko na tym albumie, swym mniej lub bardziej
donośnym oddźwiękiem, zatacza coraz węższe koło (chciałoby się rzecz – pętlę
:>) wokół śmierci, bólu, spustoszenia i odosobnienia, niczym bicie dzwonów
kościelnych dzwoniących na pogrzeb. Późne lato jako ostatnie podrygi życia,
jest jedną nogą w trumnie zwanej jesienią, z jednej jest strony całkiem ciepło,
słoneczko przaśnie rzuca swe promienie, a z drugiej – szybko zachodzi,
towarzyszy mu wiatr, liście skłaniają się ku niezbyt żywym kolorom. Pora, o
jakiej wspomniałem ma duże powiązanie z otwieraczem tegoż albumu – rzeczony
czas wakacji, wypoczynku, regeneracji obrócił w nim swe barwy w negatyw, nabrał
ciemnego kolorytu, okazawszy się bolesnym, zaś jego wspomnienia zatrutymi i
przyprawiającymi o cierpienie – osobliwe, czyż nie?
Ta właśnie osobliwa trutka to wszechobecne źródło albumowej tematyki – zazwyczaj jest
dość ponuro i smutno, jednakże i to regułą nie jest, zdarzają się bowiem
kawałki (lub – żeby niczego nie przekłamać i coby zbyt optymistycznie nie było
- ich fragmenty) nieco pogodniejsze, wręcz niebiańskie (patrz: anielskie jodły
Rachel w "Someday I'll Fall") - tak czy inaczej bez dostrzegalnego
uśmiechu, wszak żeby tam się dostać, należałoby przecież wpierw sczeznąć!
To, czego
słuchamy pozwala nam poczuć funeralną, mroczną i smętną atmosferę zapomnianego
przez Boga, ludzi i Wszystkich Świętych, nawiedzonego, otoczonego fatum beznadziejności, w
znacznej części opustoszałego, południowoamerykańskiego miasteczka, pełnego zapuszczonych
farm i zdesperowanych, biednych głupców doświadczonych ciężkim żywotem za dnia,
a w nocy męczonych przez koszmary – wszystko to dokumentnie obarcza słuchacza
brzemieniem naprawdę pesymistycznym i dekadenckim. Co zatem wydaje się być
wyjściem z takiej sytuacji, cóż dałoby choć namiastkę zabliźnienia chronicznie
doznawanych ran, jeśli nie śmierć? Tylko gorzała i dragi! Tako śpiewa Rachel,
której Wyatt jednomyślnie wtóruje, w jednym z na pozór wesołych numerów; to
używki są, przewrotnie mówiąc, łyżeczką miodu w beczce dziegciu. Jedynie one są
w stanie sprawić, że człek czuje się lepiej, bo odmiennie. Takie właśnie
uciechy stanowią pierwszorzędną ucieczkę od okrutnego losu, tego elementu na
takim albumie stanowczo nie mogło zabraknąć – nałogi zawsze są nam bliskie – któż nie chciałby być na haju, zwłaszcza w tak przytłaczających
okolicznościach?

Cóż,
nadchodzi jednak i element skruchy pełnej metafizycznej introspekcji; kiedy trwoga, to do Boga – oczywistym jest, że jedną z ucieczek, choć mniej namacalną, jest też wiara, a
że country to gatunek zdecydowanie pobożny, to takie zwieńczenie krążka jest
jak najbardziej na miejscu. Lecz wolnego, jest już za późno! Happy endu nie
uświadczamy, nasza muzyczna podróż kończy się jeszcze większą ilością goryczy
niż się zaczyna, dalibóg! Ponura historia kończy się tak, że życie wymiera od
środka, a pustka, która po nim pozostaje wybrzmiewa zagubionym pytaniem:
"cóż jest celem życia, skoro życie jest kłamstwem?".
Podsumowując
jednym, choć złożonym, zdaniem – nihilizm niesiony przez morowe powietrze wyłaniające się z
głośników, oprawiony świetną muzyką, łączącą w sobie tradycyjne instrumenty
gatunku country z nowatorskimi rozwiązaniami, pierwszorzędne przeciwne płciowo wokale, będące
sobie nawzajem doskonałym uzupełnieniem – wszystko to w jednolicie zachowanym
klimacie, który jednak zaskakuje różnorodnością!