9.9.13

Lonesome Wyatt and Rachel Brooke – A Bitter Harvest


Nie rozmyślając nad tym długo, stwierdziłem, iż idealnym rozpoczęciem niniejszego bloga, będzie coś, co wpasowuje się jak ulał w aktualną, niezbyt dobrze nastrajającą porę roku, a więc zmierzch lata. Pierwsza myśl, w tym wypadku okazała się najlepszą, wybór ten jawił się jako oczywisty  "A Bitter Harvest", czyli gorzkie żniwa śmiertelnego duetu country, tworzonego przez Lonesome Wyatta, człowieka o jakże żałobnej prezencji, oraz przez uroczą na letalny sposób Rachel Brooke; poza niniejszym wydawnictwem znanych z osobnych projektów. 


 Przechodząc do meritum  nie łudźcie się, drodzy czytelnicy, że będzie to country do jakiego przywykliście. To nie duet w stylu państwa Johnny'ego i June Carter Cashów (nie ujmując dokonaniom tej legendarnej parki), zarówno w warstwie lirycznej, jak i muzycznej. Wszystko na tym albumie, swym mniej lub bardziej donośnym oddźwiękiem, zatacza coraz węższe koło (chciałoby się rzecz  pętlę :>) wokół śmierci, bólu, spustoszenia i odosobnienia, niczym bicie dzwonów kościelnych dzwoniących na pogrzeb. Późne lato jako ostatnie podrygi życia, jest jedną nogą w trumnie zwanej jesienią, z jednej jest strony całkiem ciepło, słoneczko przaśnie rzuca swe promienie, a z drugiej  szybko zachodzi, towarzyszy mu wiatr, liście skłaniają się ku niezbyt żywym kolorom. Pora, o jakiej wspomniałem ma duże powiązanie z otwieraczem tegoż albumu  rzeczony czas wakacji, wypoczynku, regeneracji obrócił w nim swe barwy w negatyw, nabrał ciemnego kolorytu, okazawszy się bolesnym, zaś jego wspomnienia zatrutymi i przyprawiającymi o cierpienie  osobliwe, czyż nie? 


Ta właśnie osobliwa trutka to wszechobecne źródło albumowej tematyki  zazwyczaj jest dość ponuro i smutno, jednakże i to regułą nie jest, zdarzają się bowiem kawałki (lub  żeby niczego nie przekłamać i coby zbyt optymistycznie nie było - ich fragmenty) nieco pogodniejsze, wręcz niebiańskie (patrz: anielskie jodły Rachel w "Someday I'll Fall") - tak czy inaczej bez dostrzegalnego uśmiechu, wszak żeby tam się dostać, należałoby przecież wpierw sczeznąć!


 To, czego słuchamy pozwala nam poczuć funeralną, mroczną i smętną atmosferę zapomnianego przez Boga, ludzi i Wszystkich Świętych, nawiedzonego, otoczonego fatum beznadziejności, w znacznej części opustoszałego, południowoamerykańskiego miasteczka, pełnego zapuszczonych farm i zdesperowanych, biednych głupców doświadczonych ciężkim żywotem za dnia, a w nocy męczonych przez koszmary  wszystko to dokumentnie obarcza słuchacza brzemieniem naprawdę pesymistycznym i dekadenckim. Co zatem wydaje się być wyjściem z takiej sytuacji, cóż dałoby choć namiastkę zabliźnienia chronicznie doznawanych ran, jeśli nie śmierć? Tylko gorzała i dragi! Tako śpiewa Rachel, której Wyatt jednomyślnie wtóruje, w jednym z na pozór wesołych numerów; to używki są, przewrotnie mówiąc, łyżeczką miodu w beczce dziegciu. Jedynie one są w stanie sprawić, że człek czuje się lepiej, bo odmiennie. Takie właśnie uciechy stanowią pierwszorzędną ucieczkę od okrutnego losu, tego elementu na takim albumie stanowczo nie mogło zabraknąć  nałogi zawsze są nam bliskie  któż nie chciałby być na haju, zwłaszcza w tak przytłaczających okolicznościach? 


Cóż, nadchodzi jednak i element skruchy pełnej metafizycznej introspekcji; kiedy trwoga, to do Boga  oczywistym jest, że jedną z ucieczek, choć mniej namacalną, jest też wiara, a że country to gatunek zdecydowanie pobożny, to takie zwieńczenie krążka jest jak najbardziej na miejscu. Lecz wolnego, jest już za późno! Happy endu nie uświadczamy, nasza muzyczna podróż kończy się jeszcze większą ilością goryczy niż się zaczyna, dalibóg! Ponura historia kończy się tak, że życie wymiera od środka, a pustka, która po nim pozostaje wybrzmiewa zagubionym pytaniem: "cóż jest celem życia, skoro życie jest kłamstwem?".  


Podsumowując jednym, choć złożonym, zdaniem  nihilizm niesiony przez morowe powietrze wyłaniające się z głośników, oprawiony świetną muzyką, łączącą w sobie tradycyjne instrumenty gatunku country z nowatorskimi rozwiązaniami, pierwszorzędne przeciwne płciowo wokale, będące sobie nawzajem doskonałym uzupełnieniem – wszystko to w jednolicie zachowanym klimacie, który jednak zaskakuje różnorodnością!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz